Poproszono mnie o napisanie impresji z wizyty Tengi Rinpoczego w październiku 2003 roku w naszym Centrum medytacyjnym Karma Kamtzang w Grabniku. Jednak impresja, czyli wrażenie, trudna jest do odtworzenia po kilku miesiącach. Obecność tak wyjątkowej istoty jak Tenga Rinpocze sprawia, że życie każdego z nas praktykujących, nabiera nowego znaczenia, staje się pełniejsze, żywsze, bardziej przejrzyste. Dziwimy się nawet, jak bardzo podczas kursu "mądrzejemy", jak wiele postanowień podejmujemy, jak na powrót odzyskujemy świadomość tego, co w naszym życiu istotne, i tego, co można spokojnie porzucić... Tenga Rinpocze jest nauczycielem wielu z nas, od niemal dwudziestu lat. Dla mnie, odkąd spotkałem go po raz pierwszy w 1986 roku w Krakowie, jest takim wyznacznikiem czasu - czasu, na przestrzeni którego zmieniam się, przynajmniej próbuję. Dni, miesiące, lata liczy się do jego przyjazdu. A kiedy wyjeżdża, znów rozpoczyna się odliczanie. I jest rzeczą całkiem naturalną, że wszyscy czekamy na lamę, który uosabia miłość, mądrość, współczucie - wszystko to, czego naucza, co pochodzi od samego Buddy.
Dwa lata temu Tenga Rinpocze nie przyjechał do Polski - był zbyt chory i słaby. Jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Przechodził ciężką terapię. Z dnia na dzień słabł mu wzrok. Nauka o przemijalności stawała się tym bardziej trudna, że chodziło o tego kogoś, kto nieustannie nam pomaga, chroni nas, któremu na nas zależy, jak nikomu na świecie (może tylko matce naszej). W grabnikowskim namiocie pełniącym rolę świątyni przez cały tydzień wizyty Rinpoczego, która nie doszła do skutku, modlono się za jego zdrowie i długie życie. Przy pustym tronie - choć wielu czuło duchową obecność Rinpoczego - dało się słyszeć głęboką wibrację mantry Om Tare Tut Tare Ture So Ha recytowanej z zapałem przez wszystkich. Wierzyliśmy, że wróci i będzie zdrowy.
Minęły dwa lata - uśmiechnięty, pełen poczucia humoru, radości i siły Rinpocze wylądował na Okęciu w Warszawie. Pojawił się wśród nas. Zmieniony. Każdy potrzebował trochę czasu, aby przyzwyczaić się do jego nowego oka. Cud inżynierii medycznej kojarzył się niektórym dość humorystycznie. Ale przecież najbardziej cieszyło nas to, że Rinpocze odzyskał wzrok, że znowu będzie mógł udzielać inicjacji, czytać święte teksty, być z nami najpełniej jak tylko może być mistrz ze swoimi uczniami. Wszyscy byliśmy wzruszeni, bo kiedy podchodziliśmy do Niego po błogosławieństwo, On spoglądał na nas swoim nowym okiem, rozpoznawał nas i uśmiechał się. A przecież bardzo jesteśmy tego spragnieni. I to, że Rinpocze wie o tym, daje nam tę miłość i to poczucie bezpieczeństwa - każdemu z osobna - wydaje się być niepojęte. Wtedy nauki Buddy stają się czymś autentycznym, ważnym, a co najwięcej, możliwym do zrealizowania.
Nie przypadkiem pewnie udzielone zostały abiszeki Gynkara i Białej Tary. Oba te bóstwa medytacyjne uosabiają energię uspokajającą, powiększającą siłę życiową i długość życia, chroniącą nas od różnych lęków i niebezpieczeństw. Kiedy życie i zdrowie naszego mistrza, ale także naszych przyjaciół w Dharmie, czy nas samych, jest zagrożone, wydaje się kruche i niepewne, wtedy rozumiemy jak nigdy dotąd nauki Buddy - te podstawowe: o przemijaniu, cennym ludzkim ciele - i szukamy w nich oparcia, autentycznego Schronienia.
Tenga Rinpocze podczas każdej z wizyt takie poczucie bezpieczeństwa nam daje. A swoim słabym zdrowiem pokazuje, że będąc tu, w samsarze, wszyscy podlegamy temu samemu prawu, że przy narodzinach mamy wystawiony rachunek, na którym widnieją takie pozycje jak: starość, choroba i śmierć. Sam Budda odszedł. Żadnej magii, żadnych cudów, żadnych czczych obietnic - przemijanie dotyczy wszystkich. I choć potrzebujemy błogosławieństw Oświeconych, ich niezmordowanych wysiłków, jakie czynią, byśmy szczęśliwiej brnęli przez życie, to tak czy inaczej sami jesteśmy odpowiedzialni za siebie. Jeśli mistrzowie nie chorowaliby, a Buddowie nie umierali, poziom naszej frustracji sięgnąłby zenitu.
Wizyta Tengi Rinpoczego zawsze wydaje się za krótka. Zaczynamy się "przebudzać", coś rozumieć, zaczynamy wchodzić w rytm mniej szalony, gdzie poza pracą i codzienną krzątaniną nagle znajdujemy czas na medytację, na modlitwę, i wtedy On opuszcza nas, wraca tam, do swoich mnichów w klasztorze i lamów zamkniętych w ośrodku odosobnieniowym w Parping. I myślę sobie: ile jeszcze czasu upłynie, ile Jego wizyt przeżyjemy razem, zanim odważymy się na dorosłość. Zanim podejmiemy decyzję, by być takim jak On, by choć w minimalnej części pomóc mu w tym Dziele.
|