wtorek, 25 stycznia 2000
Tegoroczną podróż do Nepalu odbyliśmy w wyjątkowo małym gronie: prócz mnie leciał tylko Radek. Była to rzeczywiście skromna ekipa w porównaniu z kilkunastoosobową grupą sprzed roku. Do Moskwy tradycyjnie lecieliśmy radzieckim TU 154. Tam jak zwykle musieliśmy odczekać na lotnisku jedenaście godzin, po czym wsiedliśmy do kolejnego samolotu. Tym razem jednak był to nowoczesny Airbus, produkcji zachodnioeuropejskiej - jest chociaż miejsce na nogi! To nowość na tej trasie.Kolejna zmiana to lądowanie w Delhi. Na czas tankowania trzeba opuścić samolot. Gdy po godzinnym postoju zaproszono nas z powrotem na pokład, okazało się, że trzy czwarte pasażerów wysiadło w Indiach. Do Katmandu leciało z nami zaledwie jakieś pięćdziesiąt osób - pustki na pokładzie.
Delhi leży na niemal tej samej szerokości geograficznej co Katmandu, toteż przesuwaliśmy się na wschód, wzdłuż Himalajów, a za oknami rozpościerał się niepowtarzalny widok na ośnieżone szczyty, dumnie wznoszące się wysoko ponad chmury. Dopiero przy podchodzeniu do lądowania zanurzyliśmy się w kłęby pary - tego dnia chmury były gęste.
Na lotnisku odstaliśmy godzinę w kolejce do jedynego okienka, w którym kupuje się wizę wjazdową i przechodzi odprawę paszportową. Tuż przed nami wylądował bowiem pełen turystów Airbus z Singapuru. Chwila zakłopotania, w jakie wprawiło nas odkrycie, że Radek nie ma żadnego zdjęcia, nie trwała długo. Załatwiłem formalności jako pierwszy, a zaraz po mnie podszedł Radek, dołączając do dokumentów moje zdjęcie. To nic, że jest blondynem o połowę chudszym i o połowę młodszym ode mnie i nie nosi okularów - podobieństwo musiało się wydać uderzające, bo bez żadnych pytań otrzymał wizę. Takie rzeczy raczej nie stanowią tu problemu - turysta płaci, turysta pan.
Tak więc przekroczyliśmy granicę. Tym razem udało nam się uniknąć ataku hord taksówkarzy, wyrywających z rąk bagaże i wrzeszczących "proszę ze mną, sir". Czekał bowiem na nas asystent Tengi Rinpoczego, Szierab Łangciuk, który krzyknął coś po nepalsku, co pewnie znaczyło "oni są moi", dzięki czemu zostawiono nas w spokoju.
Zaraz po przybyciu do klasztoru zostaliśmy zakwaterowani. Radek zamieszkał w nowym przyklasztornym pensjonacie "B.P.D. Guest House". Mnie Rinpocze uraczył wspaniałym lokum. Otrzymałem łóżko w niewielkim pokoiku bezpośrednio nad pokojem Rinpoczego. Pomieszczenie to stanowi jego osobistą bibliotekę. Półki uginają się pod zbiorami najważniejszych tekstów naszej tradycji. Rinpocze zna moje upodobania, toteż od razu zażartował, że pewnie nie będę spać po nocach, tylko czytać. To fakt, że od kilku lat nie miałem prawie w ogóle czasu na czytanie książek. A tu taki zbiór tybetańskich klasyków! Chyba nadrobię nieco zaległości.
Tenga Rinpocze czuje się dobrze. Jest zdrowy i. jak zwykle zapracowany. W tych dniach spędził nieco czasu w ośrodku trzyletnich odosobnień w Parpingu. Część mnichów, którzy są na odosobnieniu (więcej pisaliśmy o tym "Mynselu"), w tym dwóch Khenpo z tradycji Gelugpy, nie otrzymała wcześniej przekazów Kagju. Toteż wciąż potrzebują do praktyki wielu inicjacji. Ostatnio dostawali przekazy związane z Mahakalą Bernagcienem - głównym strażnikiem nauk szkoły Karma Kamtzang.
Przywitaliśmy się także z Sangje Njenpą Rinpoczem. On także jest zdrów. Za kilka dni wyjedzie do Hong Kongu i na Tajwan. Kiedy w rozmowie ponowiłem gorące zaproszenie do przyjazdu do Europy, Rinpocze wyjaśnił, że na razie nie może wybrać się w tak długą podróż. Jest odpowiedzialny za odbudowę zniszczonego klasztoru Bencien we wschodnim Tybecie, w prowincji Kham. Nawet wtedy, gdy nie jedzie tam osobiście, musi być łatwo dostępny dla osób związanych z tym projektem. Nieraz z Khamu przyjeżdżają mnisi na pielgrzymkę do Nepalu i przy okazji wyjaśniają rozmaite kwestie dotyczące działalności klasztoru. Na Tajwanie mieszkają sponsorzy, którzy pokrywają większość kosztów prac. Rinpocze musi się z nimi spotykać, by omawiać szczegóły projektu. To wszystko trzyma Rinpoczego w Azji. Njenpa Rinpocze powiedział mi jednak, iż ma nadzieję, że w tym roku budowa się skończy i wtedy będzie mieć pewnie więcej możliwości podróżowania.
W tych dniach rozpoczęły się przygotowania do wielkiej pudży Mahakali. Dziś po raz ostatni przed Nowym Rokiem mnisi wyrecytowali poranną pudżę Zielonej Tary, którą zwykle, o szóstej rano zaczynają dzień w klasztorze. Po śniadaniu wyniesiono ze świątyni wszystkie stoliki i siedziska mnichów. Pozostały tylko trzy trony. Pierwszy to tron Karmapy, na którym stale znajduje się wielka fotografia Jego Świątobliwości. Na drugim siedzi Czcigodny Sangje Njenpa Rinpocze, a na trzecim Czcigodny Tenga Rinpocze. W pustym holu, u stóp wielkiego posągu Buddy i pod okiem obu Rinpoczów mnisi ćwiczą tańce. Po części jest to powtarzanie jeszcze raz tego, czego uczyli się miesiącami, po części - próba generalna, ale przede wszystkim rodzaj egzaminu. Rinpoczowie zdecydują potem, komu jaka przypadnie rola. Te próby trwać będą przez kilka dni. Poniżej przytaczam fragment tekstu, który napisałem przy innej okazji. Niezależnie od tego opisu, który przeznaczony był zasadniczo dla nie-buddystów, będę w kolejnych dniach relacjonować to, co dzieje się w klasztorze.
"CZAM" - TAŃCE LAMÓW
W klasztorze Bencien od lat odbywają się regularnie różne ceremonie religijne. Prócz codziennych modlitw, co miesiąc mają miejsce całotygodniowe pudże. Są to skomplikowane rytuały, będące połączeniem recytacji z płynną grą gestów, zwanych mudrami, przeplatane przenikliwymi dźwiękami rytualnych instrumentów. W tym czasie uczestnicy wyobrażają sobie bogatą w szczegóły scenerię tantrycznych mandal, czyli pałaców Buddów i bodhisattwów rezydujących w Czystych krainach. Świat mistycznych wizji przenika się z rzeczywistością. W doświadczeniu inicjowanych uczestników owych misteriów, Buddowie wraz z ich Czystymi Krainami przejawiają się tu, na ziemi. Zwykła codzienność zostaje przemieniona w świętość. Każdy gest, słowo czy myśl są pełne znaczenia. Kulminacyjnym punktem tych praktyk, trwających często przez wiele dni i nocy są rytualne tańce. Mnisi przywdziewają specjalne stroje i maski, upodobniając się do buddyjskich bóstw. Dla nich Budda nie jest już tylko utęsknionym celem mistycznej ścieżki. Dzięki mocy kontemplacji aktywność Buddy zostaje ucieleśniona teraz w ich działaniu. Na dziedzińcu klasztornym tańce trwają od świtu do zmierzchu. Nie ma tu miejsca na improwizację. Wielogodzinne tańce odbywają się według ściśle określonego schematu. Każdy gest, każdy ruch ma symboliczne znaczenie i musi być starannie wypracowanym efektem długich treningów. Układ każdego tańca ma swe źródło w wizji jakiegoś wielkiego świętego i przekazywany był z pokolenia na pokolenie przez wiele stuleci. Przed tysiącem lat Tybetańczycy uczyli się tej sztuki w Indiach, w klasztorach Nalanda, Wikramasila i innych. Z pokolenia na pokolenie przekazywali tę tradycję, wzbogacając ją o elementy pojawiające się w wizjach wybitnych mistrzów tybetańskich. W końcu tańce Lamów, zwane "Czam", nabrały niepowtarzalnego, tybetańskiego charakteru.
TAŃCE MAHAKALI - PRZEBIEG I SYMBOLIKA
Jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu klasztoru są obchody Nowego Roku. Zgodnie z kalendarzem tybetańskim wypada on zwykle w lutym. Na kilka tygodni przed Nowym Rokiem w klasztorze rozpoczynają się przygotowania do uroczystości. Młodzi mnisi, którzy miesiącami ćwiczyli układy taneczne, muszą zdać praktyczny egzamin ze swych umiejętności. W zależności od wyników egzaminu, prowadzonego przez samych opatów klasztoru: Czcigodnego Sangje Njenpę Rinpoczego i Czcigodnego Tengę Rinpoczego, podzielone zostaną miejsca w tanecznym korowodzie. Każdy uczestnik znać musi wszystkie role, ale tylko najlepsi znajdą się na czele barwnego pochodu. Wybitni otrzymają nawet szansę występów bardziej indywidualnych. W tym czasie inni mnisi lepią dziesiątki torm - ciast ofiarnych o wymyślnych kształtach, przebogato zdobionych ornamentami ulepionymi z barwionego masła. Główna torma ma kształt demonicznej twarzy, wysokiej na ponad metr. Ponad nią rozpięta zostaje sieć magicznych kręgów, utkanych z kolorowych nici. Na głównym ołtarzu, wyściełanym barwnymi brokatami, ustawia się szeregi barwnych torm i miseczek z ofiarami.
Na dziewięć dni przed Nowym Rokiem rozpoczyna się rytuał Mahakali, głównego strażnika nauk Kagju. Od pierwszej w nocy do siódmej po południu dzień w dzień trwają modlitwy, recytowane w rytm uderzeń wielkich bębnów. Atmosfera pełna jest dramatyzmu. Pod koniec dnia główny mistrz ceremonii odziany w barwne brokaty dokonuje kulminacyjnego rytuału. Przy akompaniamencie bębnów, trąb i czyneli całe nagromadzone w mijającym roku zło zostaje schwytane i uwięzione w głównej tormie, tej o kształcie demonicznej twarzy. Wszelkie choroby i inne cierpienia, destrukcyjne emocje, złe skłonności i czyny nie tylko osób biorących udział w rytuale, ale też wszystkich czujących istot są zbierane w jednym miejscu po to, by je zniszczyć, pozbawić możliwości szkodzenia komukolwiek w nadchodzącym roku. Szóstego dnia po południu mają miejsce tańce bez masek. Trwają one "zaledwie" cztery godziny i stanowią preludium do głównych tańców. Następnego dnia, po całonocnej pudży mnisi przywdziewają brokatowe stroje oraz maski. Będą w nich tańczyć od siódmej rano, z krótkimi przerwami, aż do późnego popołudnia.
Poruszające się w tanecznym korowodzie postacie ucieleśniają różne ochronne aspekty Buddy. Główny strażnik, Mahakala, pojawia się z całym orszakiem bóstw o gniewnym wyglądzie i symbolicznych atrybutach. Ujrzymy tu strażników o głowach zwierząt, a jeden z tańców poświęcony jest specjalnie Szing Kjongowi, opiekunowi klasztoru Bencien. Tańczący przywołują po raz ostatni całe zło odchodzącego roku: wojny, kłótnie i choroby, złe zamysły i destrukcyjne emocje. Zostaje ono symbolicznie umieszczone w kukle ulepionej z ciasta. W końcu jeden z mnichów - wysłannik sił dobra - niszczy kukłę, unicestwiając zło. Resztki ciasta wrzucane są na stół, na którym znajduje się główna torma o twarzy demona. Po tańcu zwycięstwa, jaki rozegra się teraz wokół niej, torma zostanie spalona w ogniu mądrości. Medytacja Lamów oraz płomienie wielkiego ogniska mają zapewnić odcięcie wszelkich złych wpływów starego roku.
W klasztorze Bencien tańce Mahakali odbywają się regularnie od 1995 roku, kiedy to udało się skompletować kosztowne stroje, a młodzi mnisi otrzymali odpowiednie wykształcenie. Jesienią 1997 roku po raz pierwszy odbyły się tu także wielkie tańce poświęcone Guru Padmasambhawie. Bencien to jedyny klasztor poza Tybetem, w którym wykonuje się obecnie te tańce. Dlatego ceremonię inauguracyjną zaszczycili swą obecnością także przedstawiciele innych szkół buddyzmu tybetańskiego, między innymi Jego Świątobliwość Mindrolling Rinpocze - najwyższy Lama w tradycji Njingmapy.
Klasztor Bencien jest w tej chwili jedynym w Katmandu klasztorem Kagju, gdzie odbywają się regularnie wszystkie tradycyjne pudże i tańce, a także największym po Rumteku klasztorem Kagju poza Tybetem.
czwartek, 27 stycznia 2000
Czy zgadniecie, kto wypadł najlepiej na egzaminach z tańców? Na talerzach grał Sangje Njenpa Rinpocze, na bębnie jeden ze starszych mnichów, a tańczył solo... Tenga Rinpocze. Jak łatwo się domyśleć, jest nie do pobicia!
Próby tańców już się skończyły. Przedwczoraj przyjechał Tenpa Jarphel, jeden z trzech głównych asystentów Tengi Rinpoczego. Wrócił z Dharamsali, wprost od Jego Świątobliwości Karmapy. Cały wieczór trwała narada, cały następny dzień walczono o bilety lotnicze do Delhi, a dziś o szóstej rano Tenga Rinpocze wraz z czterema mnichami wyjechał do Indii.
W drodze z Rumteku do Karmapy jest też Jego Eminencja Gjaltsab Rinpocze, który od kilku lat nie opuszczał Sikkimu. J.E. Tai Situ Rinpocze pozostaje w pobliżu Dharamsali już od dłuższego czasu. Nie wiem na razie, czy zjadą się też inni Rinpoczowie i czy planowana jest jakaś wielka narada. Może po prostu każdy z Lamów chce jeszcze raz spotkać Jego Świątobliwość - tym razem po raz pierwszy poza Tybetem. Gdyby się zanosiło na faktyczną naradę, to zapewne pojechałby też Sangje Njenpa Rinpocze, jeden z dzierżawców Linii Kamtzang. Tymczasem został on w klasztorze.
Na razie wszystko owiane jest pewną dozą tajemnicy, dopóki status Karmapy w Indiach nie zostanie oficjalnie określony przez tamtejszy rząd. Wiemy tylko, że Karmapa nie udziela jeszcze oficjalnych audiencji nikomu z zagranicy. Toteż wstrzymamy się z wyjazdem do Dharamsali, dopóki nie pojawi się szansa na spotkanie z Jego Świątobliwością.
Poznaliśmy natomiast kilka dalszych szczegółów dotyczących ucieczki Jego Świątobliwości Karmapy. Kiedy Karmapa dotarł do Dharamsali, Jego Świątobliwość Dalajlama odbywał właśnie odosobnienie medytacyjne. W tybetańskiej tradycji takie odosobnienie to rzecz święta i nie przerywa się go pod żadnym pozorem, chyba że na polecenie swego Lamy. Jednak na wiadomość o przybyciu Karmapy Dalajlama oznajmił: "Przecież to jest Karmapa" i przerwał odosobnienie, by natychmiast spotkać się z "uciekinierem".
Obecnie Karmapa wciąż jeszcze przebywa w klasztorze Gjuto. J.Ś. Dalajlama oddał mu do dyspozycji swych osobistych ochroniarzy, którzy pilnują go dzień i noc. Raz w tygodniu Karmapa zapraszany jest na wspólny posiłek z Dalajlamą, aby obaj mieli więcej okazji do osobistych kontaktów.
Gdy oficerowie indyjskiego wywiadu pytali Karmapę o prawdziwy powód ucieczki, odpowiedział: "Jestem Karmapą. Spoczywa więc na mnie odpowiedzialność za utrzymanie Linii Karma Kagju i przekazanie jej dalej przyszłym pokoleniom. Jeśli więc sam nie otrzymam wszystkich przekazów, będę bezużyteczny. Ponieważ Chińczycy nie pozwalali przyjechać do Tybetu moim nauczycielom - Tai Situ Rinpoczemu i Gjaltsapowi Rinpoczemu - ani mnie nie zezwalali na wyjazd do nich, musiałem uciec. Tylko dlatego tu jestem, nie dla osobistych powodów. Ja sam miałem w Tybecie wygodne miejsce do mieszkania, dobre jedzenie i byłem wystarczająco bogaty i wpływowy. Nie przyjechałem tu dla własnego dobra, ale dla pożytku innych."
Oficerowie byli pod wielkim wrażeniem. Nabrali przekonania, że Karmapa musi być kimś niezwykłym, gdyż zarówno słowa, jakie wypowiedział, jak i pewność z jaką to robił, wskazują, że nie jest to zwykłe, czternastoletnie dziecko.
W klasztorze od dwóch dni nie ma już porannej medytacji. Wszyscy śpią o godzinę dłużej, szykując się do tygodniowego maratonu w czasie pudży Mahakali. W ciągu dnia sprzątany jest gruntownie lhakang, czyli główne pomieszczenie świątyni. To część przygotowań do Gutor - wielkiej noworocznej pudży Mahakali.
Tormy są już gotowe. Niemal przez tydzień lepiło je kilku mnichów pod kierunkiem Gelka. Gelek to nie tylko najbliższy asystent Tengi Rinpoczego, ale jednocześnie główny mistrz od torm w klasztorze Bencien. Ulepienie z ciasta kilkudziesięciu torm (większość ma po trzydzieści do pięćdziesięciu centymetrów wysokości) i pomalowanie ich to jedna część pracy, ale wykonanie potem finezyjnych ozdób z masła to równie, a może nawet bardziej pracochłonne zadanie. Po to, by masło nie kleiło się do rąk, lepi się ozdoby, trzymając przez cały czas ręce zanurzone w lodowatej wodzie. Efekt uboczny jest taki, że zawsze w okolicach Losaru (tybetańskiego Nowego Roku) Gelek ma napuchnięte dłonie i obolałe przeguby. Czasem tradycja religijna nie jest czynnikiem sprzyjającym zdrowiu.
Wczoraj przyjechał polski mnich Tsultrim, czyli Wojtek z Warszawy, który od ponad roku sponsoruje i nadzoruje przyklasztorną klinikę, sprowadza lekarzy z charytatywnej organizacji międzynarodowej "Lekarze Świata", a także sam za darmo leczy zęby wszystkim mnichom oraz okolicznej ludności. Okazuje się, że wszyscy go tu lubią i bardzo na niego czekali.
piątek, 28 stycznia 2000
Wieść niesie, że u Karmapy jest jednak spotkanie Rinpoczów. Tenga Rinpocze pojechał jako reprezentant klasztoru, a Sangje Njenpa Rinpocze został, bo jeden z nich potrzebny był, by poprowadzić noworoczne ceremonie.
Dziś o godzinie trzynastej rozpoczęła się Wielka Pudża Mahakali. Najpierw przy przenikliwych dźwiękach gjalingów (trąbek wydających wysoki, donośny dźwięk) Czcigodny Sangje Njenpa Rinpocze zszedł ze swego pokoju na najwyższym piętrze klasztoru, wkroczył do świątyni i zasiadł na tronie. Po nim weszli wszyscy pozostali uczestnicy rytuału. Na wprost głównych drzwi lhakangu znajduje się ołtarz z siedmiometrowym, pozłacanym posągiem Buddy. Poza tym w małych niszach umieszczonych jest tysiąc (całkiem dosłownie) dwudziestocentymetrowych małych posążków. Siedziskami mnichów są drewniane ławy wysokie na łokieć, przed którymi stoją stoliki na teksty. Mnisi siedzą bokiem do ołtarza, w rzędach zwróconych ku środkowi, tak że prawa i lewa strona sali patrzy na siebie nawzajem. Od strony ołtarza dwa pierwsze szeregi (te najbliżej środka) zwieńczone są tronami dla obu Rinpoczów - wyższy z nich przeznaczony jest dla Sangje Njenpy, głównego Lamy w Bencien. Od strony drzwi rzędy te zamknięte są dwoma głównymi bębnami o blisko dwumetrowej średnicy. To właśnie między tymi bębnami stanął Cietrimpa - mnich odpowiedzialny za dyscyplinę - i z wielkiego zwoju papieru ryżowego zaczął kolejno wyczytywać po imieniu, kto siada w którym szeregu. I tak kolejni mnisi, po usłyszeniu swego imienia, zajmowali wskazane miejsca.
Gdy już zasiadła ostatnia wywołana osoba, rozpoczęto recytację modlitw. Większość tekstu tej pudży recytuje się w rytm bębnów. Prócz tych dwóch wielkich, dudni jeszcze dwadzieścia mniejszych "bębenków" (o średnicy ponad pół metra), uderzanych przez mnichów z pierwszych (to znaczy środkowych) szeregów. Gdy jeszcze dołoży się do tego chór bez mała dwustu gardeł, ściany świątyni drżą, w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Dzisiejsza pudża trwała tylko trzy godziny - to zaledwie preludium przed zasadniczą ceremonią. Po krótkiej przerwie jeszcze tylko Njenpa Rinpocze z małą grupką mnichów wykonał godzinny rytuał wpędzania całego zła tego świata w główną tormę o kształcie demonicznej twarzy. Ta część praktyki będzie od teraz wpleciona w codzienną długą pudżę i recytowana już przez wszystkich uczestników. Ostatniego dnia w czasie tańców torma zostanie zniszczona.
Jak już wcześniej wspominałem, jutro pudża zaczyna się o pierwszej w nocy i trwać będzie, z małymi przerwami, do wieczora.
czwartek, 03 lutego 2000
Od kilku dni trwa pudża. Ze względu na wyjazd Tengi Rinpoczego, w tym roku wyjątkowo przychodzi na nią Sangje Njenpa Rinpocze, który zwykle medytuje samotnie w swoim pokoju. Pojawiła się też inna nowość. Funkcję wadżra-mistrza, którą od lat niezmiennie wykonywał podczas skomplikowanych rytuałów Tenga Rinpocze, tym razem przejął już jeden z dwudziestokilkuletnich mnichów. Ukończył on jakiś czas temu pod kierunkiem Tengi Rinpoczego trzyletnie odosobnienie w Parpingu i jako Lama może wykonywać te rytuały. Jak wiadomo, klasztor Bencien w Nepalu istnieje od niewielu lat i właśnie teraz dojrzało pierwsze pokolenie Lamów tutaj wykształconych.
W poniedziałek pudża odbywała się bez żadnego Rinpoczego, gdyż Sangje Njenpa pakował się już na dwumiesięczny wyjazd, a Tenga Rinpocze miał kłopoty z powróceniem na czas do klasztoru. Nie było wolnych miejsc w samolocie z Delhi do Katmandu i całą dobę trzeba było czekać w hotelu. Ostatecznie Tenga Rinpocze przyjechał w poniedziałek o dziesiątej wieczorem, po czym siedzieli z Njenpą Rinpoczem do późna w nocy i rozmawiali. We wtorek rano Njenpa Rinpocze wyjechał na dwa miesiące na Tajwan.
Tenga Rinpocze następnego dnia był już na pudży, ale niejednokrotnie zapadał w chwilową drzemkę - wytrzymywanie tak intensywnego programu w tym wieku i tak godne jest najwyższego podziwu.
W jednej z przerw na herbatę Rinpocze opowiedział mnichom o swej podróży do Dharamsali. Najpierw Karmapa sam na sam spotkał się z Dalajlamą. Mimo że ten ostatni przebywa na odosobnieniu medytacyjnym, było to już piąte ich spotkanie. Potem w czterogodzinnej naradzie uczestniczyła większość spośród najwybitniejszych Lamów Karma Kagju: Tai Situ Rinpocze, Gjaltsab Rinpocze, Thrangu Rinpocze, Tenga Rinpocze, Punlop Rinpocze, Drubpyn Rinpocze, Kongtrul Rinpocze (ten kilkuletni!), Khenpo Tsultrim Rinpocze. Zdaje się, że byli też inni Lamowie, ale nie dowiedziałem się dokładnie kto. Wieczorem, po tym "spotkaniu na szczycie", Tenga Rinpocze wraz ze swymi asystentami miał jeszcze prywatną audiencję u Karmapy. Chociaż oficjalnie robienie zdjęć było zakazane, Karmapa sam zaproponował wspólną fotografię. W tych dniach dostanę jej odbitkę.
Rinpocze opowiadał kilka historyjek u ucieczce Karmapy. Między innymi o burzy śnieżnej, która złapała uciekinierów na przełęczy - wyglądało na to, że nie tylko nie przedostaną się przez góry, ale wręcz mogą stracić życie. Karmapa polecił jednak iść dalej, obiecując, że do końca podróży niebo będzie bezchmurne. I rzeczywiście tak się stało. Rinpocze kilka razy powtarzał, że uważa to za cud dokonany przez Karmapę.
Innym razem, jeszcze w Tybecie musieli przejść nocą przez pewien dobrze oświetlony plac. Było na nim jasno jak w dzień. Nikt nie miał wątpliwości, że chińscy wartownicy muszą ich dostrzec. Ale Karmapa powiedział: "Nie bójcie się, nie zostaniemy zauważeni". Przeszli przez sam środek placu i nie zatrzymano ich.
Muszę przyznać, że nigdy jeszcze nie widziałem Tengi Rinpoczego ani Gelka tak promiennych i szczęśliwych, jak teraz, gdy wrócili od Karmapy!
Pudża toczy się swoim rytmem. Przez ostatnie dwa dni zaczynała się trochę później, o czwartej rano, i trwała do godziny dziewiętnastej. Ale dziś mamy szósty dzień praktyki. Rozkład dnia jest trochę inny. Od drugiej w nocy w szaleńczym tempie doszliśmy o ósmej rano niemal do końca recytowanego tekstu. Przedpołudnie poświęcone jest bowiem przygotowaniom do pierwszej części tańców.
Już wczoraj nad całym podwórzem rozpostarto olbrzymi żółty namiot. Teraz ustawia się trony i miejsca dla grających na instrumentach. O "tybetańskiej pierwszej" (to znaczy być może o wpół do dwunastej, a może po trzeciej - po prostu wtedy, kiedy zakończą się przygotowania) rozpoczną się tańce bez masek. W uroczystych strojach, z Tengą Rinpoczem na czele, mnisi odtańczą rytuał, który wykonywany jest od czasów pierwszego Karmapy. Otrzymał on w wizji przekaz tych nauk od pewnego mahasiddhy ze Śri Lanki. Taniec ten ma umożliwiać ujarzmienie takich demonicznych mocy, których nie da się poskromić żadną medytacją ani mantrą. Powiedziane jest, że jeśli kiedyś zaprzestanie się tych tańców, to uwolnione złe moce sprowadzą szaleństwo na umysły ludzi i świat pogrąży się w wojnach.
Po kilkugodzinnych tańcach dokończymy pudżę. Po drzemce, o godzinie dwudziestej trzeciej rozpoczniemy nową sesję, by skończyć śpiewy jutro o piątej rano. Zaś już od siódmej zaczną się całodniowe tańce w maskach.
W tym roku wiosna nieco się spóźnia. Jest całkiem chłodno, a w nocy w świątyni panuje przejmujący ziąb. Dzięki temu jednak łatwiej jest utrzymać przytomny umysł. Wczoraj w ciągu dnia pojawiło się słońce i było znacznie cieplej. Dziś znów słoneczna pogoda. Mimo to chodzę w ciepłej bluzie. Gdzie te lata, gdy na Losar i w krótkim rękawku było za gorąco?
poniedziałek, 07 lutego 2000
W ostatnich dniach działo się tak wiele, że nie znalazłem czasu na opisanie wszystkiego na bieżąco, z dnia na dzień. W czwartek i piątek mocno świeciło słońce. Nad ranem leżał szron, a w dzień było dobre dwadzieścia stopni! Te skoki temperatur sprawiają, że wśród gości z Zachodu pojawiają się już pierwsze choroby gardła. Kilkoro z nas przeszło też zatrucia pokarmowe. Wszyscy oczywiście kierują się po pomoc do "doktora Tsultrima", który będąc dentystą, musi nagle sprostać zadaniu leczenia wszystkich ze wszystkiego. Sprawdza się na szóstkę. Dwa tygodnie temu przywiózł z Polski 90 kg leków - z pewnością nic z tego się nie zmarnuje. Do bezpłatnej kliniki "Benchen Free Clinic", którą on teraz nadzoruje, przychodzą nie tylko osoby bezpośrednio związane z klasztorem, ale przede wszystkim mieszkańcy Katmandu. Czasem nawet z daleka. O działalności kliniki pisaliśmy w jednym z numerów naszego biuletynu "Mynsel". Zob. też http://www.hfhrpol.waw.pl/Tybet/klinika/klinika.html.
Tak jak wcześniej wspomniałem, w czwartek odbyły się tańce bez masek. Trwały one zaledwie dwie i pół godziny. Mnisi, odziani w specjalne stroje, raz zataczali krąg wokół placu, a raz tanecznymi krokami, wykonując obroty i prezentując rozmaite mudry, tworzyli szeregi wijące się po spirali lub przecinające plac przez środek.
Potem tylko dokończenie pudży i o dziewiętnastej już po wszystkim. Odpoczynek. O dwudziestej trzeciej kolejna pudża do piątej rano i przygotowania do głównych tańców. W tym roku przygotowania przeciągnęły się o godzinę. Tańce rozpoczęto o ósmej rano. Nie sposób oddać słowami atmosfery tego dnia. Jeden ze starych przyjaciół, który oglądał tańce po raz pierwszy, wyznał mi pod wieczór, że czuje się pijany od ilości wrażeń. Zmieniające się kostiumy. Bogactwo kolorów. Niepowtarzalna barwa dźwięków, płynących z akompaniujących instrumentów. Skala tego przedsięwzięcia - ogromna ilość wiedzy potrzebnej do prawidłowego przeprowadzenia rytuału, liczba koniecznych strojów i akcesoriów, długotrwały trening tak licznej grupy mnichów (w niektórych tańcach bierze udział do stu tancerzy!) - to wszystko sprawia, że trudno mi sobie wyobrazić, kiedy i czy w ogóle przeniesienie tej tradycji na Zachód stanie się możliwe.
Z godzinną przerwą na obiad, ufundowany przez klasztor, cała impreza trwała do godziny dziewiętnastej. O dwudziestej było po pudży. Potem już tylko Rinpocze z garstką mnichów przeprowadził na podwórzu oczyszczający rytuał ognia. Polega on na tym, że rozmaite ofiary rzuca się na specjalnie przygotowane palenisko, recytując odpowiednie modlitwy.
Następnego ranka praktyka rozpoczęła się dopiero o szóstej. Pod koniec trzygodzinnej pudży nastąpiło błogosławieństwo tormą. Centralna torma ustawiona na ołtarzu reprezentuje samego Mahakalę. Właściwie ma takie znaczenie, jak posąg Buddy. Przez cały tydzień praktyki wszyscy jej uczestnicy medytowali, że Mahakala przybywa ze swej Czystej Krainy, wtapia się w tormę i jest ona teraz samym Mahakalą. Właśnie tak pobłogosławioną tormą otrzymaliśmy błogosławieństwo. Każdy dostał także jakiś maleńki smakołyk - jeden z tych, które leżały cały czas u podstawy tormy i też były błogosławione. Zjedzenie go ma sprzyjać pokonywaniu własnych niedoskonałości i rozwijaniu pozytywnych cech, a używając tradycyjnej terminologii, urzeczywistnieniu siddhi Mahakali.
Po pudży jeszcze tylko półtoragodzinne ofiarowanie wonnego dymu i torm wrzucanych do ognia. Ta praktyka przynosi nagromadzenie zasług oraz pomyślności. Ofiary składa się tu Buddom i bodhisattwom, Lamom, jidamom, strażnikom Dharmy, a także istotom sześciu sfer samsary (z intencją usunięcia ich cierpień i zaskarbienia sobie przyjaznej dla nas postawy). Na końcu składa się dary także tym, którzy nawet nie mają własnego imienia i nie są wymieniani jako istoty którejś z sześciu sfer. Po prostu obdarowuje się wszystkich. Pozwala to naprawdę otworzyć swe serce przed całym światem.
Popołudnie było całkowicie wolne! Po ośmiu intensywnych dobach cóż za niesłychana odmiana. Podobnie jak większość uczestników spędziłem ten czas na obchodzeniu stupy Swajambhu, a potem na czyszczeniu siebie i pokoju i w końcu na relaksowaniu się. Moje próby podejścia do komputera nie były zbyt pełne determinacji. Tego dnia nie wykonałem już żadnej intelektualnej pracy.
Wczoraj, to znaczy w niedzielę był pierwszy dzień Nowego Roku. Dla Tybetańczyków to najbardziej uroczyste święto. O szóstej rano pojawili się w świątyni nie tylko Lamowie i mnisi, ale także, odświętnie ubrani, wszyscy ludzie związani z obsługą klasztoru. Całe rodziny. Na tronach Karmapy, Sangje Njenpy Rinpoczego i Tengi Rinpoczego ustawiono piramidy "kabze" - faworków o rozmiarach kości dinozaura. Jest to tradycyjny noworoczny poczęstunek. Małe kabze są identyczne w kształcie jak nasze chrusty, ale ich większa i mniej słodka odmiana ma ponad czterdzieści centymetrów długości i kształt przypominający mi kość udową.
Podczas uroczystości recytacja modlitw o pomyślność przerywana była poczęstunkiem, na który składała się herbata, ryż z rodzynkami i słodycze. Na koniec wszyscy ustawieni w długą kolejkę podchodzili do tronów. Każdy podarował Tendze Rinpoczemu tradycyjny katak - białą szarfę reprezentującą czystą motywację ofiarodawcy. Kataki składaliśmy też na tronach nieobecnych Lamów.
Obchody Losaru, czyli Nowego Roku trwają trzy dni. Znajomi odwiedzają się wtedy nawzajem, składają życzenia, częstują smakołykami, a potem idą w następne odwiedziny. Wszystkie drzwi są otwarte. Odwiedza się również wszystkich okolicznych Lamów. My wczoraj, po uroczystym obiedzie, który Rinpocze ofiarował wszystkim swoim uczniom, pojechaliśmy do klasztoru Pullahari, odwiedzić pięcioletnią inkarnację Kongtrula Rinpoczego oraz jego rówieśnika, Szieltri Rinpoczego. W taksówce, do której wsiadłem wraz z Trinlejem i Jankiem, zmieścił się jeszcze Lama Tsultrim - ten, który ostatnio był w Polsce przez dwa miesiące i ma ponownie przyjechać do nas w maju.
Młody Kongtrul Rinpocze podrósł od ostatniego roku. Nie jest już taki nieśmiały. Dyryguje wszystkimi, niezmordowanie godzinami przyjmuje odwiedzających, udziela błogosławieństw i zachowuje się, jak przystało na Lamę, a jego radosne oczka na ślicznej dziecięcej buźce mają wyraz niespotykanej miłości i wyrozumiałości. Zupełnie taki sam, jak u poprzedniej inkarnacji.
Dziś znowu obiad z Tengą Rinpoczem, a potem jedziemy w okolice stupy Boudha, odwiedzić kilku innych Rinpoczów.
Przedwczoraj lokalna telewizja pokazała znów XVII Karmapę. Tym razem obwieszczono, że Karmapa zaczął udzielać audiencji również ludziom z Zachodu. Potwierdzają to różne tybetańskie organizacje. Jednak na razie zarówno Tenga Rinpocze, jak i Thrangu Rinpocze doradzają nam nie entuzjazmować się zbytnio i na razie nie liczyć na łatwą możliwość spotkania Jago Świątobliwości. Radzą odczekać z podróżą do Dharamsali, aż sytuacja się bardziej ustabilizuje.
czwartek, 10 lutego 2000
W drugi dzień Losaru znów jedliśmy obiad z Tengą Rinpoczem. Zaraz potem pojechaliśmy sporą grupą pod stupę Boudha. Ta stupa liczy sobie ponad tysiąc lat. Jest ogromna. Budowana była pod kierunkiem Guru Padmasambhawy - indyjskiego mistrza wadżrajany, który wkrótce potem udał się do Tybetu, by zaprowadzić buddyzm w całym królestwie. Boudha leży po przeciwnej stronie miasta niż Swajambhu, a wokół gromadzi się duże skupisko emigracji tybetańskiej. Wielu wysokich rangą tybetańskich Lamów założyło tu swoje klasztory.
Chcieliśmy najpierw iść w odwiedziny do Thrangu Rinpoczego. Asystenci, którzy byli z Rinpoczem tego lata w Polsce powitali nas wręcz entuzjastycznie, ale ponieważ Rinpocze był akurat w trakcie poobiedniej drzemki, zaproponowali, abyśmy przyszli nieco później.
Udaliśmy się więc do Jego Świątobliwości Dilgo Khjentse Rinpoczego. W poprzedniej inkarnacji był on głową szkoły Njingma, a także najwyższym rangą Lamą mieszkającym w Nepalu. Ze wszystkich Lamów jakich znam (no, może za wyjątkiem Karmapy) kontakt z nim zawsze wywierał na mnie największe wrażenie. Pamiętam, że przy jakiejkolwiek rozmowie z Jego Świątobliwością czułem, jakbym miał do czynienia z jakimś niewyobrażalnie ogromnym oceanem mocy, wiedzy oraz miłości pełnej ciepła i wyrozumiałości. Wylewały się one na rozmówcę z majestatycznego, ogromnego ciała (Rinpocze był niezwykle postawny). Nie potrafiłem myśleć o nim inaczej, jak o żywym Buddzie i z takim samym respektem traktowali go wszyscy, którzy go znali. Również J.Ś. Dalajlama mówi o sobie jako o jego uczniu.
Obecnie Jego Świątobliwość ma nie więcej niż pięć lat. Kiedy trzy lata temu niespodziewanie spotkałem jego nową inkarnację, poczułem ku swemu zdumieniu niezachwianą pewność, że mam oto do czynienia z tą samą niezwykłą osobowością. Już przy pierwszym kontakcie nie było we mnie cienia wątpliwości, bowiem moje doznania okazały się identyczne, jak w obecności poprzedniego Dilgo Khjentse Rinpoczego. Tylko że teraz ta fala błogosławieństwa wypływa z maleńkiego, ślicznego ciałka, z urokliwego malca. Kiedy tym razem ofiarowałem mu katak z noworocznymi życzeniami, po prostu zapytał po tybetańsku: "Jak się miewasz?" Ogarnęła mnie ogromna radość. Ostatni raz Rinpocze pytał mnie o to jedenaście lat temu, jeszcze głosem starca.
W tym samym pomieszczeniu ofiarowaliśmy też kataki Secien Rabdziamowi Rinpoczemu, najwyższemu Lamie tego klasztoru. Przez wiele inkarnacji był on nauczycielem Dilgo Khjentse i tak ma być także tym razem.
W osobnym pokoju pokłoniliśmy się Khandro Cienmo, Wielkiej Dakini. To żona poprzedniego Dilgo Khjentse Rinpoczego. Uchodzi za najwybitniejszą żyjącą mistrzynię buddyzmu tybetańskiego. Swą sławę zawdzięcza jednak nie byłemu mężowi, ale swym własnym osiągnięciom medytacyjnym. Spotkanie z nią wywiera na każdym niezwykłe wrażenie.
Kontakt z tą rodziną jest dla mnie zawsze tak bardzo osobistym, głębokim doświadczeniem, że trudno o tym pisać. Po wyjściu z audiencji najchętniej przez długi czas z nikim bym nie rozmawiał, tylko sobie usiadł i... trochę popłakał ze wzruszenia.
Zaraz potem poszliśmy do Cioklinga Rinpoczego. To inny z wybitnych Lamów Njingmapy. Jest trzecią inkarnacją Ciokgjura Lingpy - największego mistyka, wizjonera i odkrywcy term (ukrytych nauk) z dziewiętnastego wieku. Obecnie jest także ojcem wspomnianego Dilgo Khjentse Rinpoczego. Ciokling Rinpocze oderwał się na chwilę od pracy, aby przyjąć nas bardzo serdecznie. Świadomie nie zabieraliśmy mu wiele czasu, ale na pewno postaramy się jeszcze go odwiedzić
Wreszcie powróciliśmy do klasztoru Thrangu Rinpoczego. Zanim weszliśmy na audiencję, asystenci poczęstowali nas herbatą, tłumacząc, że Rinpocze coś tam musi przygotować. Okazało się, że to "coś" było dla nas. Prócz tradycyjnych sznureczków z błogosławieństwem, dostaliśmy także najnowsze zdjęcia Karmapy, przełożoną na angielski pieśń napisaną przez Karmapę podczas ucieczki z Tybetu i kalendarze tybetańskie. Ponadto Rinpocze podarował dla Centrum w Grabniku ponad trzydziestocentymetrowy posąg Karmapy, poświęcony dwa miesiące temu w ceremonii prowadzonej w Waranasi przez J.Ś. Dalajlamę, Situ Rinpoczego i Gjaltsaba Rinpoczego.
Na koniec odwiedziliśmy jeszcze tylko Ciobgje Triciena Rinpoczego, trzeciego w hierarchii Lamę szkoły Sakja i dzierżawcę pewnej specjalnej Linii Przekazu Tantry Kalaczakry. Jego Eminencja liczy sobie wiele lat, ale wciąż jest niezwykle żywotny, mimo że nogi nie pozwalają mu się swobodnie poruszać. Miło nam się zrobiło, bowiem zareagował wręcz entuzjastycznie, gdy na pytanie skąd przyjeżdżamy, odparliśmy, że od Tengi Rinpoczego. Ale też nie było to dla nas zaskoczeniem. Bycie uczniem Tengi Rinpoczego to wśród Lamów zawsze dobra rekomendacja...
Tego wieczora zostaliśmy jeszcze zaproszeni na kolację do stylowej restauracji. Tenga Rinpocze zafundował posiłek dla około dwudziestu reprezentantów różnych ośrodków. Przy stole Rinpocze opowiadał wiele ciekawych historii. Losar to dla Tybetańczyków nie tylko wielkie święto, ale i okazja do pogawędki. Uwielbiają się nawzajem odwiedzać, zapraszać i częstować, a zarazem powspominać "stare dzieje".
Z kolejnej podróży do Dharamsali wrócił właśnie Tenpa Jarphel - jeden z asystentów Tengi Rinpoczego. Opowiadał, że audiencje u Karmapy odbywają się z zachowaniem środków najwyższej ostrożności. Spotkania prowadzone są na spory dystans i Karmapa udziela błogosławieństw tylko na odległość. No cóż, swoją ucieczką z Tybetu Jego Świątobliwość naraził się wielu ludziom i zarówno rząd Indii, jak i emigracyjny rząd tybetański chcą uniknąć wszelkich prowokacji. Sam Karmapa jednak pragnie, by jak najszybciej pojawiła się możliwość bezpośrednich spotkań z pielgrzymami.
W tym roku wyjątkowo J.Ś. Dalajlama nie wystąpił z noworocznym przemówieniem. Pozostał na odosobnieniu medytacyjnym. Spotkał się jedynie z Karmapą i poprosił, aby ten reprezentował go podczas uroczystości. Tego dnia po błogosławieństwo Karmapy czekała więc ponad tysiącosobowa kolejka.
Znamy też coraz więcej szczegółów dotyczących ucieczki z Tybetu. Cała eskapada prowadzona była pod dyktando Karmapy. Na krótko przez opuszczeniem Tsurphu powiedzieć miał asystentom: "Jeśli teraz nie uciekniemy, nigdy już nie będzie to możliwe". Wkrótce potem nocą przez okno opuścił swój pokój medytacyjny.
Tak daleko jak się dało, jechali jeepem. Cały czas Karmapa decydował o kolejnych posunięciach. Nieraz, idąc za jego radą, cała grupa chowała się i czekała w ukryciu. Potem, także na jego polecenie, szybko przekraczali jakiś otwarty teren. Dzięki oświeconej wizji Jego Świątobliwości ani razu nie natknęli się na żaden patrol. Nawet w pobliżu granicy, gdzie na każdym kroku czyhało niebezpieczeństwo napotkania straży granicznej, dzięki błogosławieństwu Karmapy nie wydarzyło się nic nieprzewidzianego.
poniedziałek, 14 lutego 2000
A jednak Kagjupowie są lepsi od Njingmapów! I to zdecydowanie. Równo trzy do zera. Takim wynikiem zakończył się finałowy mecz w piłkarskich rozgrywkach noworocznych pod stupą Boudha. Nasz klasztor po raz pierwszy wystawił reprezentację (menedżerem, który ufundował całej drużynie sprzęt, był mnich Tsultrim, czyli Wojtek z Polski). Odpadliśmy w rozgrywkach, ale inny klasztor Kagju zdobył mistrzostwo, pokonując w finałach Njingmapę.
Poza tym przez kilka dni w klasztorze panował względny spokój. Pierwszy miesiąc nowego roku to czas wolny dla mnichów. Ci, którzy mają rodziny, wyjeżdżają zwykle na cały ten okres. Nie ma porannych pudż. Tylko rytuał Mahakali odbywa się zawsze, bez dnia przerwy, mimo że obecna jest na nim tylko garstka uczestników.
Rinpocze przez kilka dni z rzędu jeździł do Parpingu, gdzie udzielał nauk mnichom na trzyletnim odosobnieniu. Kilka miesięcy temu jeden z nich musiał przerwać praktykę i wrócić do Katmandu. Zachorował na nerki i, mimo że bardzo się przed tym bronił, musiał przyjechać tu, gdzie może być pod nadzorem lekarzy. Kontynuuje jednak medytację w jednym z pokoi w klasztorze. Toteż kiedy jego stan zdrowia się polepszy, będzie mógł powrócić na odosobnienie i dokończyć praktykę wraz z innymi.
Mimo wakacji dziś rano w klasztorze rozpoczęły się doroczne Mynlam. Trwają zawsze od dziewiątego dnia po Nowym Roku przez cztery dni. Część mnichów wróciła specjalnie na tę okazję, część i tak nigdzie nie wyjeżdżała - w ten sposób zebrała się niemal połowa normalnego składu.
Od szóstej rano trwają recytacje. Wszyscy ubrani odświętnie, w żółtych szatach, czytają na głos teksty. Pierwsza sesja jest bardzo rozbudowaną wersją siedmioczęściowej modlitwy. Kiedy na przykład powtarza się wersety Schronienia, to jest w nich bardzo wiele zwrotek: fragmentów z sutr i z innych klasycznych tekstów. W części dotyczącej oczyszczenia błędów znajdziemy i Sutrę Skruchy, i wiele innych, równie pięknych cytatów. Podobnie wzniosłe są wszystkie pozostałe części modlitwy.
Po krótkiej przerwie powtarzana jest wielokrotnie Zangcie Mynlam, czyli Modlitwa Dobrego Postępowania. Uważa się ją za króla (i w sanskrycie i po tybetańsku modlitwa jest rodzaju męskiego) wszystkich modlitw. Tysiąc lat temu przełożono ją z sanskrytu na tybetański i od tej pory stosowana jest przy wielu okazjach przez praktykujących we wszystkich szkołach buddyzmu tybetańskiego.
Po przerwie obiadowej recytowane są modlitwy do różnych mistrzów przeszłości: do Marpy, Milerepy i Gampopy, do kolejnych Karmapów, Szamarpów, Situpów i innych dzierżawców Linii Karma Kagju. Potem tylko pudża Mahakali i kolacja. Reszta dnia jest już wolna od zajęć...
piątek, 18 lutego 2000
Wczoraj był ostatni dzień corocznych modlitw. Tego dnia przyjechała też do Katmandu grupa przyjaciół z Polski, a zaraz potem pojawiła się Ania - wróciła z Dharamsali. Janek i Marcin (Trinle) przyjadą z Delhi drogą lądową. Ania z powodu choroby zdecydowała się na droższą i szybszą podróż samolotem. Mocno zaziębiona i niesamowicie zmęczona jest jednak bardzo szczęśliwa. Bowiem całą trójką byli trzykrotnie na audiencji u Jego Świątobliwości Karmapy, a także dostali się na spotkanie z Jego Świątobliwością Dalajlamą i mieli okazję uścisnąć mu dłoń.
Nikt z nich nie spodziewał się, że o tej porze roku w Dharamsali może spaść śnieg. Wybrali się tam w krótkich rękawkach, a Ania w klapkach. Twierdzą, że nigdy w życiu nie wymarzli tak jak w tej podróży. Doświadczyli też innych trudów i niewygód. Ale pokonywanie jakichkolwiek przeszkód w czasie pielgrzymki, to oczyszczenie ogromnych ilości negatywnej karmy, która w przyszłości zaowocowałaby nieporównywalnie większym cierpieniem. Oczywiście nie chodzi o stwarzanie sobie sztucznych trudności - ale jeśli mimo woli się pojawiły, tak właśnie należy je rozumieć.
Budda Siakjamuni przepowiadał zarówno w Sutrze Królewskiego Samadhi (Samadhi-radża-sutra) jak i w Maha-parinirwana-sutrze, że bodhisattwa o imieniu Karmapa wyzwalać będzie istoty między innymi "przez widzenie". Podobną przepowiednię dał Guru Rinpocze. Również wielu późniejszych mistrzów opisywało, że samo tylko ujrzenie twarzy Karmapy zamyka wrota do odrodzenia się w niższych światach i gwarantuje wyzwolenie z samsary. A nasi przyjaciele właśnie trzykrotnie widzieli Karmapę i wysłuchali krótkich nauk z jego ust.
Oczywiście jeśli ktoś, nawet otrzymawszy tak wielkie błogosławieństwo, odda się potem negatywnym czynom, to będzie musiał doświadczyć ich skutków. Niestety, nie jest tak, że wystarczy spotkać Karmapę, a potem można już sobie pozwolić na beztroskę i brak odpowiedzialności. Ale nawet ktoś taki, po doświadczeniu cierpień, jakie sam sobie zgotuje, kiedyś i tak odrodzi się w mandali błogosławieństw Karmapy, wkroczy na ścieżkę bodhisattwy i w końcu osiągnie przebudzenie. Nasienie oświecenia zasiane przy tym pierwszym spotkaniu zaowocuje właśnie w ten sposób.
Dziś od rana Rinpocze wraz ze sporą grupą mnichów spędził cały dzień w Boudha, gdzie odbywał się festiwal tańców tybetańskich. Nie miały to być rytualne tańce Lamów, tylko tradycyjny teatr tybetański. Ponieważ spędziłem dzień na załatwianiu kilku innych spraw, nie jestem w stanie opisać tych wydarzeń.
W tych dniach kserujemy grube tomy przeróżnych tekstów tybetańskich, wypożyczanych z biblioteki, w której nocuję. Początkowo bardzo nieśmiało pytałem Rinpoczego, czy mogę zrobić kopię tego czy innego tekstu. Tymczasem Rinpocze sam zaczął mnie zachęcać do powielania jak największej ilości tych świętych ksiąg. Chwilami mam wrażenie, że głównie po to kazał mi tym razem przyjechać do klasztoru. Stopniowo, pod wpływem rozmów z asystentami Rinpoczego, Gelkiem i Szierabem, wpadłem na pomysł, by po kolei kserować całe ogromne zbiory, jak na przykład Kagju Ngag Dzy, w celu utworzenia w Grabniku biblioteki podstawowych tekstów tybetańskich, tak by przyjeżdżający do nas Rinpoczowie nie musieli targać ze sobą ciężkich tomów i mieli na miejscu wszystko, co może być im potrzebne do nauk i inicjacji. Rinpocze odniósł się do tej idei wręcz entuzjastycznie, co więcej obiecał, że zadzwoni do innych klasztorów, by zdobyć od nich kopie materiałów, którymi klasztor Bencien w tej chwili nie dysponuje. Koszty całego przedsięwzięcia w dużym stopniu wziął na siebie Wojtek-Tsultrim.
>> część druga
|
|