Tybet 2005

 

Pielgrzymka z Tengą Rinpoczem do klasztoru Bencien w Khamie
(10 września - 15 października 2005 r.)


tekst: Agnieszka Zych
(zdjęcia z pielgrzymki w Galerii)



Do Katmandu przylatujemy kilka dni wcześniej. Trzeba się przestawić na nowy czas (ponad cztery godziny do przodu w porównaniu z Polską) i załatwić różne sprawy organizacyjne. Okazuje się, że ani Szierab - główny asystent, ani Akela - kucharz Rinpoczego nie dostali chińskiej wizy. Rinpoczemu towarzyszą zatem z klasztoru tylko Taszi Yzer oraz Tenpa Jarpel. No i my - siedemnastu zachodnich uczniów różnych narodowości (Amerykanin, Austriaczka, Duńczycy, Niemka, Szwajcar i Polacy).

Wyruszamy 10 września wcześnie rano. Cały klasztor żegna Rinpoczego. Lot do Lhasy trwa krótko, zaledwie godzinę. Myśleliśmy, że w skromnym samolociku będziemy stanowić niewielką grupkę turystów, tymczasem lecimy przestronnym boeingiem i pełno tu westmenów. Z okien samolotu widok na tereny suche i bezludne. Czasem pojawiają się śnieżne szczyty, wśród nich podobno Mount Everest. W czasie lądowania samolot tak bardzo zniża się nad rzecznym rozlewiskiem, że mam wrażenie, iż za chwilę siądzie na wodzie.

Kolejna zmiana czasu. Znów przesuwamy zegarki do przodu, tym razem o dwie godziny. Ostatecznie mamy teraz sześć godzin różnicy w porównaniu z Polską: gdy w Polsce jest na przykład szósta wieczorem, to u nas wybija właśnie północ.

Aby dostać bez problemu wizę do Tybetu i Chin, musimy udawać bogatych turystów. Obsługuje nas biuro podróży, które przysłało po nas na lotnisko busik wraz z przewodnikiem. Przewodnik całkiem miły, okropna gaduła. Ale dzięki niemu dowiadujemy się, że mijamy po drodze świątynię Atisi (tutaj ów wielki uczony indyjski spędził ostatnie lata swego życia), a także wykuty w skale posąg Buddy z czasów Atisi. Aż podskakuję z wrażenia, ale nie na widok posągu, tylko dlatego, że tuż obok skały stoją dwa prawdziwe żywe jaki!

Widoki nieprawdopodobne: łyse góry, wielka rzeka (Brahmaputra) i typowe budownictwo tybetańskie. Ale im bardziej wjeżdżamy do miasta, tym bardziej krajobraz się zmienia. Rinczen, który był tu jedenaście lat temu, jest w lekkim szoku. Lhasa stała się nowoczesnym chińskim miastem z ogromnymi budynkami i szerokimi asfaltowymi ulicami.

Wreszcie dowożą nas do hotelu. Ale luksusy! W życiu w czymś takim nie spałam! Ale dzielnie gramy bogatych zachodnich turystów. Kolację zamawiamy w restauracji hotelowej. Nie wiem, czy można to nazwać zamawianiem, ponieważ z kelnerką trudno się porozumieć (choć niby mówi po tybetańsku). Staramy się zatem ograniczać do dań z karty. Duńska część naszej grupy postanawia jednak wyegzekwować bardziej skomplikowane zamówienia, jak pieprz czy sos sojowy. Kelnerka Njima wraz z koleżanką nic nie rozumieją, ale pękają ze śmiechu. Bardzo wesoła kolacja, chociaż to, co zjedliśmy, było raczej dziwne.

Wszyscy powtarzają nam do znudzenia, że dzisiejszy wieczór mamy potraktować bardzo relaksowo. Nie chodzić za dużo, unikać wysiłku. To z powodu wysokości. Lhasa leży na ponad trzech tysiącach metrów. Oczywiście zaopatrzyliśmy się wszyscy w Katmandu w specjalne tabletki przeciw chorobie wysokościowej. Nie dusimy się zatem i nie wymiotujemy, ale i tak dostajemy lekkiej zadyszki i kołatania serca przy wspinaniu się na schody. No i ten potworny ból głowy. Tego się podobno nie da uniknąć.

Następnego dnia zwiedzamy z przewodnikiem Lhasę. Najpierw siedziba dalajlamów - Potala. Jakieś trzy godziny bez przerwy. Uff! Ogólne wrażenie: posągi i tony złota. I poczucie, że jestem w martwym duchowo miejscu. Po prostu muzeum, takie samo jak sale Wawelu czy Luwru.

Zupełnie inaczej jest w Dziokangu. Mimo że pędzimy grupą za przewodnikiem i trudno mówić o jakimś skupieniu, to i tak daje się odczuć, że to wciąż żywa świątynia. Kłaniamy się przed Dzioło, najsłynniejszym posągiem Buddy w Tybecie, i postanawiamy wrócić tu kiedyś przed południem, wtedy wstęp jest nieodpłatny, dla pielgrzymów.

Potem już indywidualnie okrążamy Dziokang (po tybetańsku takie okrążanie świętych miejsc nazywa się khora i jest działaniem przynoszącym wiele zasługi). Uliczki otaczające świątynię noszą wspólną nazwę "Barkor" i pełne są stoisk z pamiątkami, ubraniami, uprzężami, posążkami, biżuterią i innymi gadżetami. Środkiem płynie strumień pielgrzymów, którzy często trzymają w rękach młynki modlitewne, recytując modlitwy i mantry. Niektórzy posuwają się do przodu pokłonami. Także przed głównym wejściem do Dziokangu wiele osób wykonuje pełne pokłony, wyciągając całe ciało na ziemi. Teraz czujemy się znacznie lepiej na duszy.

12 września lecimy do Xining w prowincji Amdo. Tutaj już zupełnie inne powitanie niż w Lhasie. Zamiast wynajętego przewodnika czekają na nas mnisi z Bencien! Rinpocze od razu po wyjściu z samolotu dostaje wózek inwalidzki i w komfortowy sposób opuszcza płytę lotniska. Widać, jak promienieje. Mnisi także. Trudno się dziwić - widują Rinpoczego znacznie rzadziej niż my!

Następnego dnia wynajętym autokarem ruszamy do Khamu. Po drodze widoki, że dech zapiera. Trochę przypomina to Alpy. Austriaczka Li mówi, że czuje się jak w domu. Stopniowo krajobraz się zmienia. Kończą się drzewa i krowy na pastwiskach. Teraz góry i równiny pokryte są rzadkimi kępkami trawy. Raz na jakiś czas można dostrzec namiot nomadów (z kominem!), a przy nim stado jaków lub owiec.

Droga przez długi czas doskonała: najpierw autostrada, potem asfalt. Niestety po kilku godzinach kończy się ten luksus. Początkowo szosa zmienia się w drogę bitą, trochę przypominającą tę w Grabniku. To nie jest jeszcze takie złe - jedzie się dość szybko, tylko okropny kurz. Ale wkrótce zaczynają się roboty drogowe i jest coraz gorzej. I tak będzie przez większą część trasy, chociaż chwilami pojawia się asfalt. Ale prace wskazują, że w bliskiej przyszłości planowana jest tu naprawdę dobra szosa, może nawet miejscami autostrada.

W Chinach obowiązuje ruch prawostronny. Nie wiem czemu, ale bardzo mnie to zaskakuje. Spodziewałam się, że tak jak w Indiach czy Nepalu, będziemy tu jeździć lewą stroną szosy. Inna istotna różnica to styl jazdy: spokojny, rozważny, z wyobraźnią. Nie trzeba trzymać się kurczowo krzesła i modlić, żebyśmy się jednak zmieścili między wyprzedzaną rikszą a nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówką.

Pierwszy postój wymusza na nas lokalna policja. Na wszelki wypadek ruszamy całą bandą, żeby odbić Rinpoczego, ale nie jest to konieczne. Okazuje się po prostu, że wynajęty dżip nie ma ważnych papierów czy odpowiedniego pozwolenia, w każdym razie musi zawrócić. Rinpocze przesiada się do mniej komfortowego samochodu klasztornego.

Koło południa zatrzymujemy się na piknik. Rinpocze kupił dla nas ciasteczka i zupki chińskie. Mamy też suszone mięso jaka.

Noc spędzamy w przydrożnym hotelu w Mato w bardzo prymitywnych warunkach. Wyruszamy wcześnie rano, bez śniadania (mamy zatrzymać się gdzieś po drodze) i około jedenastej docieramy do najwyższej przełęczy spośród mijanych w trakcie tej podróży. Ponad 4800 m n.p.m. Zatrzymujemy się na chwilę, by krzyknąć tradycyjne tybetańskie "Lha gjal lo!" - "Niechaj bogowie zwyciężają!". Kiedy półbogowie toczą wojnę z bogami i szala zwycięstwa przechyla się na stronę bogów, wówczas w świecie ludzi panuje pokój i harmonia. Rzucamy też w górę karteczki z modlitwami (takie papierowe flagi modlitewne), o których oczywiście wcześniej pomyślał Rinpocze i kupił dla nas wszystkich po komplecie. Potem szybko wracamy do autobusu, bo jest przejmująco zimno.

Czujemy się coraz bardziej głodni. Od dłuższego czasu Tenpa obiecuje nam postój na piknik. Teraz okazuje się, że piknik jest już naprawdę blisko. Zatem po jakichś dwóch godzinach z kawałkiem zatrzymujemy się, by mnisi mogli przystroić samochód Rinpoczego katakami, bo "na pikniku będą czekać ludzie".

Piknik jest "tuż za rogiem", czyli mija kolejne pół godziny, zanim tam docieramy. Rinpoczego witają mnisi z Bencien i tłum wiernych. Prawdziwi Khampowie! Rinpocze siada pod kolorowym namiotem, my obok na dywanikach, jako honorowi goście. Zostajemy poczęstowani ciasteczkami (m.in. pyszne kapse - tybetańskie faworki) i owocami (banany, wspaniałe soczyste jabłka i rewelacyjne winogrona, które wyglądają całkiem niepozornie - malutkie i zielone, ale w smaku są bardzo słodkie i nie mają pestek). Naturalnie dostajemy też suszone mięso jaka. Ale przebojem jest jogurt z mleka dri, samicy jaka. Swoją drogą, na Zachodzie przyjęło się mówić o mleku jaka, co ogromnie bawi Tybetańczyków, ponieważ tutaj słowo "jak" oznacza wyłącznie byka.

Jogurt okazuje się tak gęsty, że łyżka by w nim stała, gdybyśmy dostali łyżki. Tymczasem dostajemy tylko... chińskie pałeczki! Widząc mój przerażony wzrok, Taszi Yzer dyskretnie pokazuje mi, co z nimi zrobić. Nawet mi się udaje. Jogurt pycha! Staramy się pohamować łakomstwo, bo Rinpocze uprzedzał nas, że tutejszy jogurt jest bardzo tłusty i lepiej zaczynać od małych ilości, by nie doświadczać później przykrych sensacji żołądkowo-jelitowych.

Ruszamy dalej, teraz poprzedzani całą kolumną samochodów. Wleczemy się niemiłosiernie. W dodatku co chwila, w każdej osadzie i miasteczku, wybiegają na drogę mieszkańcy z katakami. Samochód Rinpoczego zatrzymuje się wówczas i wszyscy otrzymują błogosławieństwo. Wreszcie docieramy do Ciegundo (po chińsku: Jusziu). Stąd już ponoć rzut beretem do klasztoru, ale zrobiło się późno, a ceremonia powitalna trwa długo, więc zatrzymamy się tu na noc i dopiero jutro rano Rinpocze zajedzie do Bencien.

Oczywiście na przejechanie półgodzinnej trasy potrzebujemy kilku godzin. Ludzie stoją na poboczu z katakami, niektórzy rzucają gałęzie jałowca na żar, by ofiarować Rinpoczemu wonny dym. A Rinpocze, radosny i cierpliwy, wita się ze wszystkimi i rozdaje błogosławieństwa.

Po drodze kierowca opowiada nam o miejscach, które mijamy. Przy okazji zauważamy, że język khamski różni się diametralnie od języka lhaskiego. Wiele słów jest całkiem innych, a nawet jeśli są takie same, to wymawia się je inaczej. Ponieważ w przeciwieństwie do klasztoru w Katmandu, nikt tu nie mówi po angielsku, czujemy się lekko zagubieni. Trzeba było wziąć ze sobą rozmówki chińskie! W tym języku można się tu porozumieć z każdym.

Zjeżdżamy z głównej szosy i kierowca informuje nas, że Bencien jest już tuż, za chwilę. I znów jedziemy co najmniej pół godziny. To taki tybetański sposób pojmowania czasu. Na koniec docieramy na ostatni fragment równiny (klasztoru jeszcze nie widać, ale "to już bardzo blisko"). Rinpoczemu na spotkanie wyjeżdża cała kawalkada. Najpierw jeźdźcy w tradycyjnych uroczystych strojach. Dzwonią dzwoneczki przymocowane do butów. Konie przystrojone wstążkami, co chwila nerwowo przyspieszają, wpadając na siebie i załamując szyk. Za końmi jadą motory, także barwnie przyozdobione, na motorach siedzą głównie mnisi z klasztoru. Dalej samochody osobowe, obwieszone katakami, a za nimi ciężarówki załadowane mniej zamożnymi tubylcami. Cała ta kawalkada okrąża samochód Rinpoczego, a my czekamy aż przejadą.

W końcu ruszamy dalej i nareszcie naszym oczom ukazują się budynki klasztorne. Ale nie można tak po prostu tam zajechać. Najpierw czeka nas kolejny poczęstunek pod namiotem. Rinpocze znów zasiada na tronie, my na ziemi, na dywanikach; jemy kapse, owoce, pijemy tybetańską herbatę. U wejścia do namiotu stoi tłum Khampów, wpatrzonych w Rinpoczego. Czuję się przez chwilę, jakbym znalazła się w środku filmu podróżniczego o Tybecie. Niby to prawdziwe, a tak nierealne...

Po przekąsce ruszamy dalej, eskortowani przez jeźdźców na koniach. Po drodze wita nas szpaler dzieci szkolnych, które coś skandują machając kwiatami. Ludzie rzucają na samochód Rinpoczego kataki, zasłaniając nimi niemal całkowicie przednią szybę wozu. Podziwiamy kierowcę, który dzielnie jedzie dalej, mimo że nic przed sobą nie widzi. Kawałek przed klasztorem zatrzymujemy się. Mnisi zaczynają grać na trąbach, Rinpocze wysiada i prowadzony jest uroczyście do świątyni. Asystują mu najwyżsi rangą, m.in. Lama Ado, który do pełnoletniości rezydującego tu Czime Rinpoczego odpowiedzialny jest za sprawy klasztoru, a także za odosobnienia.

Ceremonia powitalna trwa dalej. Rinpocze zasiada na tronie, a mnisi ofiarowują mu mandalę (tutaj nie używa się w tym celu ryżu, lecz ziaren jęczmienia) oraz symbole oświeconego Ciała, Mowy i Umysłu, czyli posąg, teksty Dharmy i stupę. Następnie wszyscy ustawiają się w kolejce po błogosławieństwo. Oprócz mnichów są też mieszkańcy z pobliskiej wioski.

Nas prowadzą do specjalnie wybudowanego domu dla gości. Po południu idziemy się rozejrzeć - pomalutku, bo w końcu znaleźliśmy się na wysokości ponad czterech tysięcy metrów i szybszy krok lub schody od razu powodują zadyszkę. Klasztor składa się z dwóch potężnych budowli. Jedna to stara gompa, piękna, w tradycyjnym stylu tybetańskim, niestety w widoczny sposób rozpadająca się, choć odbudowywana była z gruzów zaledwie dwadzieścia lat temu. Drugi budynek to nowa gompa, zdecydowanie bardziej nowoczesna. Na dole przestronny lhakang: na wprost głównego wejścia olbrzymie posągi trzech Buddów (przeszłości, teraźniejszości i przyszłości), na ścianach malowidła, przedstawiające najważniejsze Jidamy oraz patriarchów naszej linii. Na suficie tradycyjnie namalowane są różne mandale. Świątynia przyozdobiona jest (prawdopodobnie na przyjazd Rinpoczego) bajecznie kolorowymi wisiorami z brokatów. Na piętrze znajduje się apartament Rinpoczego.

Gompy otoczone są mniejszymi budynkami: są to kwatery mnichów lub małe ośrodki odosobnieniowe. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać ruiny, pozostałość rewolucji kulturalnej. Jedna z nich to dawny dom Tengi Rinpoczego; na dole były tu ponoć stajnie, a na piętrze - pokoje mieszkalne.

Za plecami klasztoru wznosi się potężna góra. Na jej stoku widać jaskinię, w której medytował wielki Dzie Drikungpa, założyciel szkoły Drikung Kagju, a następnie kolejni Sangje Njenpowie - od piątej do dziewiątej inkarnacji. Do jaskini dołożono parę desek i powstał maleńki domek odosobnieniowy.

Powyżej znajduje się ośrodek odosobnieniowy Njigu - praktykuje się tu sześć jog Njigumy. Na przeciwległym stoku umiejscowiony został z kolei ośrodek odosobnień Naro, gdzie mnisi wykonują sześć jog Naropy. Przy tym ośrodku, w małym domku mieszka Lama Ado.

Mnisi są tu wyłącznie na własnym utrzymaniu, dlatego życie klasztorne wygląda zupełnie inaczej niż w Katmandu. Nie ma wspólnej codziennej praktyki, świątynia jest otwierana tylko na specjalne okazje. Pudża Mahakali wykonywana jest przez małą grupkę mnichów w osobnym pomieszczeniu, zwanym gynkangiem. Oczywiście zaraz idziemy zobaczyć to miejsce. Mieści się ono w starej gompie. Trzeba wejść ostrożnie po drewnianych schodach, które bardziej przypominają drabinę. Na górze, w małej salce siedzi czterech czy pięciu mnichów i recytuje długą pudżę Mahakali. W głębi, w zamykanym na klucz pomieszczeniu, za zasłonami, ceremonialnie odsuwanymi teraz długim drągiem przez jednego z mnichów, znajdują się ogromne posągi Strażników. Jest tu Mahakala Bernagcien, Palden Lhamo, Dordże Lekpa i inni. Szczególnie kłaniamy się Szing Kjongowi i Sinaramie i ofiarowujemy im katak. Tak oto witamy się z prawdziwym gospodarzem i opiekunem tego miejsca.

(koniec str. 1)

strona 1 2 3 4


 

 

 
> Teksty on-line
> Modlitwy
> Polecane książki
> Broszurki
> Teksty do praktyki
> Mynsel
> Relacje
> Glosariusz
> Biblioteczka Centrum w Grabniku
[ strona główna ] [ nauczyciele ] [ nauki dharmy ] [ kursy ] [ nasze ośrodki ] [ galeria ] [ linki ] [ kontakt ] [ ośrodek odosobnień ]
buddyzm, buddyzm tybetański, Budda, Karmapa, Dalajlama, Tybet, wadżrajana, Kagyu, Dharma, medytacje