Poranny wykład spędziliśmy, starając się zrozumieć, jak ważne jest to, aby faktycznie dotrzeć do samego korzenia tego fałszywego przekonania, że istnieje konceptualne, pojęciowe ja. Tym niemniej popołudniu otrzymałam kilka listów z prośbą o rozmowę indywidualną, w których pojawiły się prawie identyczne pytania. Wydaje się, że przyczyną większości z nich jest ta sama trudność, typowy problem, którego doświadczają medytujący. Chodzi o nieumiejętność połączenia praktyki z codziennym życiem.
Istnieje niemal takie przekonanie, że ktoś, kto jest dobrym praktykującym, równocześnie musi być niezaradną i niepraktyczną osobą. I na odwrót, skoro ktoś jest praktyczny i dobrze zorganizowany, nie będzie umiał dobrze medytować. Ale jest to błędny sposób patrzenia na rzeczy. Dzieje się tak, kiedy oddzielacie to, co uwarunkowane, od tego, co absolutne. Po prostu, jak sądzę, mamy tendencję do konceptualizowania naszej własnej praktyki, własnej medytacji. Traktujemy jej rezultat jako coś całkowicie nieprzystającego do naszych codziennych, zwyczajnych obowiązków. Jest to błędne rozumowanie.Z mojego punktu widzenia praktyka nie stoi w sprzeczności z codziennym życiem i nie ma w tym nic trudnego. Raczej o wiele łatwiej jest być świadomym swoich codziennych obowiązków, jeśli jest się wolnym od nieustannego konceptualizowania, ciągłego lgnięcia, wiecznego chwytania, nieprawdaż? Im więcej elastyczności, tym jest to prostsze. Dlaczego więc ludzie mają z tym taki problem?
Kiedy o to pytam, zazwyczaj słyszę w odpowiedzi: "Mam zobowiązania wobec mamy, mam zobowiązania wobec żony, mam obowiązki w stosunku do swoich dzieci, muszę być odpowiedzialny w pracy, muszę być odpowiedzialny za dom." To dobrze, tak powinno być, ponieważ to wszystko stanowi część naszego życia. Kiedykolwiek inni potrzebują, byście mieli dla nich czas, powinniście go znaleźć. Nie ma w tym nic trudnego. Wprawdzie gdy jesteście dostępni dla innych, kiedy tylko was potrzebują, to może wam się wydawać, że wasza formalna praktyka - patrząc w kategoriach czasu, który jej poświęcacie - staje się przez to krótsza czy mniej intensywna. Lecz po co właściwie praktykujecie? Dlaczego w ogóle siedzicie w medytacji?
Rzecz w tym, żeby nauczyć się przekraczać tę ciągłą potrzebę ochraniania siebie, swego poczucia "ja". Przypuśćmy, że widzicie jakiegoś nauczyciela, którego zachowanie zaczyna się wam wydawać egoistyczne, ponieważ on ciągle narzeka: "Nie mam dla siebie czasu." I mówi: "Z radością będę nauczał, z ochotą będę opiekował się ośrodkiem czy chętnie będę robił wszystko inne, ale pod warunkiem, że będę miał czas dla siebie." Wtedy od razu myślicie, że jest to bardzo samolubna osoba. Nie praktykuje tego, czego sama naucza, prawda? Ale to samo odnosi się do was samych, bowiem nie powinno być żadnej różnicy pomiędzy praktyką nauczyciela a praktyką ucznia.
Problem pojawia się wtedy, gdy patrzycie na praktykę jako na tę godzinę, półtorej czy też dwie lub trzy godziny, które na nią przeznaczacie. Jak wielu medytujących, pragniecie usiąść w spokojnym miejscu, gdzie wszystko byłoby idealne. Paliłyby się kadzidła, płonęły maślane lampki, każdy z kolorów byłby dokładnie taki, jakim być powinien. I wy pośrodku tego. Tymczasem przez pół godziny musicie uspokajać swój umysł, przez kolejne pół godziny mówicie innym, żeby się uspokoili, w końcu zmuszacie się, żeby uzyskać stan koncentracji, staracie się doświadczyć króciutkiej chwili jednoupunktowienia i to jest waszym zdaniem medytacja.
Następnie spoglądacie na zegarek i okazuje się, że potrzebowaliście półtorej godziny, aby dotrzeć do tej swojej jednoupunktowionej koncentracji. I jeśli podczas półtorej godziny nie udaje wam się regularnie uzyskiwać tego momentu nierozproszenia, który trwa nie dłużej niż pstryknięcie palcami, wtedy zaczynacie narzekać. Jeśli to nazywacie medytacją, to nie jest to właściwy sposób patrzenia na praktykę.
Co więcej często podczas praktyki lub nawet zanim zaczniecie ją wykonywać, już niepokoicie się o jej rezultat. Do tego martwicie się o czas czy o ilość mantr, którą musicie powiedzieć. Obawiacie się różnorodności tego, co macie zrobić: coś sobie wyobrażać, potem rozpuścić, coś wchłonąć, samemu wyjść poza... A jeszcze na dodatek ta myśl, unosząca się ponad wszystkim, że to, co robicie, ma pomóc wszystkim istotom! Nie jest tak?
Dla tych, którzy podczas praktyki wykonują różne rytuały, sytuacja staje się jeszcze trudniejsza. Pomimo że nie rozumiecie jego znaczenia, musicie trzymać się rytuału. Nie wiecie, do czego jest to potrzebne, ale robicie to. I tak oto mamy już podstawę, na której wyrasta pomieszanie. Naprawdę nie wiecie, po co to wszystko robicie, ale ciągniecie dalej. Tak oto zatracają się istota i znaczenie praktyki.
Z drugiej strony zawsze pojawiają się wątpliwości. Może źle wykonuję tę praktykę. Może należy ją robić tak, a może inaczej? Co Rinpocze powiedziała o tym sposobie, a co o tamtym? Co mówi książka o tej konkretnej praktyce?
Tak więc jest bardzo wiele dróg, którymi do naszej praktyki wkrada się pomieszanie. Ale w dalszym ciągu nazywamy to medytacją, choć zatraciliśmy właściwe zrozumienie celu, do jakiego miało nas to doprowadzić. Jeśli nie pamiętamy o tym, jeśli nie zwracamy na to uwagi, to zawsze będziemy mierzyć naszą medytację miarą czasu, jaki przeznaczyliśmy na formalną praktykę. W ten sposób nie pozwalamy, żeby praktyka rzeczywiście pracowała z naszym umysłem. Medytacja nie przyniesie żadnego pożytku naszemu sposobowi myślenia i nie wpłynie na jego zmianę, jeśli bardziej będziemy się koncentrować na długości sesji niż na samej istocie praktyki.
Bardzo często, gdy mamy wrażenie, że praktyka zamyka nas w pułapce, ogranicza czy krępuje, to dzieje się tak z powodu naszego konceptualnego, pojęciowego podejścia. To my sami krępujemy i ograniczamy naszą praktykę poprzez lgnięcie do własnego wyobrażenia, czym jest formalna medytacja. To właśnie czyni ją czymś trudnym. Nie jest tak wcale z powodu zbyt intensywnego medytowania.
Jest parę rzeczy, nad którymi warto popracować. Jedna z podstawowych to zbadanie związku z tą szczególną praktyką, którą chcielibyście wykonywać. Może to być medytacja bezforemna, taka jak siamatha czy wipasjana. Może to być praktyka wykorzystująca fazę stwarzania (kje rim) czy powtarzanie mantry albo przyjmowanie Schronienia, czy też praktyka mahajany, taka jak tonglen. Cokolwiek znacie.
Jeśli jakaś medytacja jest wam bliska i wykonujecie ją jako swoją codzienną praktykę, jest niezwykle istotne, aby naprawdę zbadać, jaki macie z nią związek. Jeśli wybraliście ją dlatego, że czujecie, jak bardzo jest wam bliska, to nie ma tu wiele do dodania. Ale czasami ludzie mają skłonność, by nie doceniać wagi formalnej praktyki, tak jakby sądzili, że nieświadomy, ciemny umysł pewnego dnia sam się przebudzi i stanie się całkowicie oświecony. Dlatego ze spokojnym sumieniem marnują mnóstwo czasu. W takich przypadkach, a czasem też z innych powodów, nauczyciel może sam zadać wam konkretną praktykę jako waszą codzienną medytację.
Istnieją zatem dwa sposoby związania się z jakąś praktyką. W pierwszym przypadku sami wybieracie sobie osobistą medytację, w drugim z określonych powodów daje ją wam nauczyciel. Jednak w obu wypadkach wykonujecie ją codziennie, stosując się do instrukcji otrzymanych od nauczyciela, i dzięki temu będziecie w stanie w pełni ją docenić.
Zakłada się, że kiedy ktoś już otrzyma konkretną medytację i instrukcje do niej, to powinien poświęcić pewien czas na to, by zrozumieć, jak bardzo jest ona ważna, jakie cenne ma właściwości. Kiedy już zrozumiecie wartość praktyki samej w sobie, uświadomicie sobie również, jakiego przekształcenia wymaga wasz umysł, ile pozostaje do przekroczenia, jak dalece musi on wyjść poza własne ograniczenia. Poprzez codzienne medytowanie dochodzicie do zrozumienia, jakie to ważne, aby wasza wewnętrzna refleksja, wasz wgląd stawał się coraz bardziej całościowy i dogłębny. I to jest jedyny powód, dla którego praktykujemy.
Skoro więc praktyka powinna prowadzić do takiego właśnie zrozumienia, a my nieświadomie, z jakichkolwiek powodów zaczynamy konceptualizować i oddzielać naszą formalną praktykę od codziennego życia, wtedy cały jej cel ulega zatraceniu. Mówi się, że medytacja jest narzędziem, dzięki któremu można nieustannie podtrzymywać stan uważności, przytomności umysłu.
Jeśli czas poświęcony praktyce traktujemy jako ten jedyny moment, kiedy jesteśmy świadomi prawdy, to oczywiście zawsze pojawi się poczucie winy, albo odczucie, że nie staramy się wystarczająco. Ponieważ powstrzymujemy naszą uważność od bycia tutaj. Bycie obecnym stosujemy tylko do chwili formalnej medytacji, zaś pozostały czas spędzamy w sposób, do jakiego przywykliśmy, to znaczy z całkowitym brakiem uważności.
Nawet kiedy próbujemy, i tak nie potrafimy być uważni. A umysł, który słyszał tak wiele nauk rozumie, że coś tu jest nie tak. Zaczynamy się martwić, że nie potrafimy tego wykonać, i w rezultacie staramy się wydłużyć czas praktyki, zamiast uświadomić sobie, że uważność powinniśmy stosować na co dzień.
Może więc zadalibyśmy sobie kilka pytań: czy są takie chwile w codziennym życiu, kiedy nie należy albo nie da się przyjmować Schronienia? Kiedy nie trzeba praktykować bodhiczitty? Kiedy można nie pamiętać o uważności i rozwijaniu mądrości?
Człowiek praktykujący to taka osoba, która w każdym momencie jest w stanie medytować i być świadomą wymienionych powyżej wartości. Nie ma ani jednego działania, które może lub powinno być pozbawione takich właściwości.
A zatem nie ma co rozważać problemu, że ktoś ma za mało czasu na praktykę. Tak naprawdę osoba, która uważa siebie za medytującego, nie powinna ostatecznie dzielić swojego czasu na ten, który jest medytacją, i ten, który nią nie jest. Takie rozróżnianie po prostu zanika,
a każda chwila staje się medytacją z tej prostej przyczyny, że ani na moment nie traci się uważności.
Tłumaczyła Inka Malcher
|
|